Schody do nieba

W lipcu zjechaliśmy na tabor z zamiarem załojenia kilku dróg w rejonie Moka. Moja lista „TODO” w tym rejonie jest obszerna a na jednym z pierwszych miejsc znajdowały się Schody do Nieba „prawie na Kazalnicy”. Droga dojrzała do zrobienia, poszła więc na pierwszy ogień bez zbędnych ceregieli.

image005

Continue reading „Schody do nieba”

Odważniej na Zamarłej

Wysiekałeś klasyki kursowe na Hali,  odstałeś swoje w kolejce na Orłowskim, na Zamarłej zwiedziłeś Motykę, możliwe że Klasyczną (bo trzeba), Festiwal (bo ładny) Lewych Wrześniaków nawet dwa razy. Co dalej? Południowa Ściana Zamarłej Turni, choć niewysoka, oferuje świetnej jakości granit i bogatą sieć dróg, w tym część komfortowo ubezpieczonych w ramach akcji Tatry bez Młotka. Opisane poniżej trzy drogi (uzupełnione np. o Prawego Heinricha) mogą być ciekawą propozycją na weekend w Piątce.

image001
Wiosenne klimaty pod Zamarłą

Continue reading „Odważniej na Zamarłej”

Żeruchy, czyli szybko i przyjemnie na wiosnę

Rzeżuchowe Turnie, popularnie zwane Rzeżuchami bądź ze słowackiego Żeruchami, to kilka mało spektakularnych szczytów położonych w bocznej grani odchodzącej od Jagnięciego Szczytu – Koziej Grani.  Krótkie (45 min) podejście od schroniska nad Zielonym Stawem Kieżmarskim oraz przyjazna południowa wystawa sprawiają że kawałek stosunkowo litej i ładnej ściany w czołówce Skrajnej Rzeżuchowej Turni stanowi popularny cel na wiosenne, jesienne lub po prostu rekreacyjne wspinanie.

P1130834.JPG

Continue reading „Żeruchy, czyli szybko i przyjemnie na wiosnę”

Słowacki wygar i trochę nostalgii

Górska turystyka rowerowa – aby być na czasie, należało by to nazwać enduro bikepacking. Bierzemy bety, rowery i idziemy w góry, prosta sprawa.

Idąc tym tropem myślenia, kilkanaście miesięcy temu wygrzebałem z garażu stary rower górski i zacząłem wracać w Beskidy na dwóch kółkach. Ukoronowaniem tego procesu był wyjazd w słowackie góry, z założenia kilkudniowy – ale o tym zaraz. Tymczasem krótki rzut oka na wrzucony temat górskiej turystyki rowerowej: czym to się je? Na początku lat 90′ w naszym kraju zaczęły pojawiać się, razem z coca-colą, rowery górskie. Nie będę się w to wgłębiał, bo za młody jestem. Pamiętam natomiast swój pierwszy rower mtb, ze stali hi-tensile, marki Romet. Rozumowaniem dziecka – skoro rower jest górski, należy nim jeździć po górach – zaczęliśmy z Wojtkiem (którego z tego miejsca serdecznie pozdrawiam) rozjeżdżać podkrakowskie ścieżki, później zaś gorczańskie drogi i szlaki.

Zdjęcie:

Apetyt rósł w miarę jedzenia, a coraz bogatszy wybór sprzętu na wystawach krakowskich sklepów, kusił. Namówiłem rodziców na wypasiony sprzęt, również polskiej marki – Oscar (nomen omen) Enduro. Aluminiowa rama, amortyzator, pełen wypas. Z tego okresu pamiętam między innymi wynoszenie roweru w śniegu po kolana na Turbacz (była to wiosna, a w kopule szczytowej na szlaku czerwonym od Rabki zalegało go jeszcze dużo).

Zdjęcie:

W ciągu 2-3 lat rower przeszedł całkowite przeobrażenie i z pierwotnego Oscara zostało tylko przednie koło. Następnie losy życiowe pociągnęły mnie w zupełnie innym kierunku, rower trafił do garażu, skąd wyciągany był kilka razy w roku, zwykle na wiosnę. W końcu sentyment do górskiej turystyki rowerowej przebudził się – być może pod wpływem jakiegoś pięknego zdjęcia bądź filmu z kategorii enduro, w które obecnie internet obfituje. Rower został odkurzony, dostał nowe opony, hamulec tarczowy, jednak szybko okazało się że teraz to się robi zupełnie inaczej.

Zdjęcie:

Jazda na rowerze po górach nazywa się enduro (ewentualnie all-mountain), używa się do tego w pełni zawieszonych rowerów i pod względem sprzętowym jest to ogólnie rzecz biorąc kosmos – do odkrycia. Około rok zajęło mi zgłębienie tajemnic technicznych i przebudowa zakupionego zimą (pod wypływem narastającej gorączki spowodowanej cyklozą) sprzętu – leciwego Specializeda Pitch Pro.

Zdjęcie:

Przebicie się przez tajniki doboru opon, ustawienia zawieszenia, serwisowania widelca, systemu bezdętkowego „ghetto tubeless” aż po proporcje długości kierownicy i mostka czy zalety regulowanej sztycy zwanej myk-mykiem stanowiło przyjemność samą w sobie.

Zdjęcie:

Osobną przygodą było odkrywanie radości, jaką sprawia prucie górskich ścieżek w kierunku zgodnym z grawitacją, analogicznej zresztą w przypadku skitouringu. Zmienia się postrzeganie rzeczywistości: tak jak na nartach kluczowa staje się faktura śniegu, tak na rowerze, pędząc w dół, skupiamy się na profilowaniu zakrętów ścieżki, poślizgu na korzeniu czy wysokości dropa z kamienia który jest przed nami. W ciągu jednego sezonu letniego spędziłem więcej czasu w niskich górach (Beskidach, Bieszczadach, Sudetach), niż w przeciągu ostatnich 5 lat. Odwiedzałem zarówno ścieżki specjalnie preparowane pod kątem rowerów (jak choćby Rychleby, Kouty, Srebrną Górę czy Bielsko), jak i zwykłe szlaki piesze (lecz wycieczki trzeba planować specyficzne, co znów zmienia sposób postrzegania). Udało mi się przy okazji wystartować w jednej edycji zawodów enduro, co wspominam bardzo dobrze. Na zakończenie tego sezonu wzięliśmy rowery na sylwestrowy wyjazd do Finale. Nie da się ukryć, że rower jest świetną formą odskoczni przy braku spręża do wspinania, dodatkowo można naprawdę fajnie dostać w kość pod względem kondycyjnym, zobaczyć miejsca w które pieszo już się nie chce łazić no i przede wszystkim enduro to znakomity zastrzyk adrenaliny i endorfin.

Zdjęcie:

Zaliczywszy wiele pięknych, emocjonujących zjazdów, do tego kilka świetnych chwil ze względu na okoliczności przyrody, pojawiła się potrzeba przygody – Wygaru w słusznym stylu. Chodziła mi po głowie wycieczka grzbietem Fatry, okolice te znałem z wypadów narciarskich, dodatkowo ekipa podzielała motywację. Podstawowy problem to pakowanie betów do spania (mata, śpiwór, kuchnia) i transport wody. Fajna jazda w trudnym terenie wzajemnie wyklucza się z ciężkim plecakiem czy rowerem obwieszonym torbami – trzeba więc mocno cisnąć w system light&fast. Udaje mi się całkiem fajnie spakować głównie dzięki temu, że Triglav pożyczył mi uprząż na kierownicę. Plecak wychodzi dość znośny, bo mata, śpiwór i primaloft lądują w uprzęży. Tak czy inaczej rower ciężki, plecak wypchany, temperatury zapowiadają powyżej 30 stopni i to się niestety sprawdza. W piątek rano startujemy spod dolnej stacji wyciągu Malino Brdo. Wygodnym asfaltem na Sedlo pod Vtacnikom, później na Niżnie Siprunskie Sedlo – całość można pokonać w siodle. Dalej trochę wypychu, jazda grzbietem – góra dół, trochę pchania, więcej jazdy. Zielony szlak na Smrekovicę. Ścieżki cały czas łatwe, do ogarnięcia na hardtailu. Przy ośrodku wczasowym, zupełnie pustym (mamy czerwiec), robimy długi popas w cieniu. Jest już bardzo gorąco, czacha dymi, a przed nami jeszcze kawał drogi. Co prawda większość przewyższenia mamy już w kieszeni, ale to co do tej pory przejechaliśmy było lekkie, łatwe i przyjemne. Od tego momentu niestety więcej pchania niż jazdy. Start z Smrekovicy jest piękny – wąski singiel wijący się zboczem zielonej doliny. Później bywa różnie – ale ciągle znakomicie widokowo. Rakietowy Szczyt objeżdżamy żółtym, Czarny Kamień trawersujemy zgodnie z przebiegiem szlaku, te trawersy dają najbardziej w kość pod względem technicznym. Przypomina mi się szlak trawersujący grzbiet z Przegibka na Rycerzową, był łatwy. Zjazdy, z uwagi na spory bagaż, nie są zbyt „flow” i przyjemne. Wymagają pracy. Wyjście na Przełęcz pod Płaską i samą Płaską robimy już na resztkach baterii. Za to zjazd z Płaskiej rekompensuje wiele. Odcinek Chyżki – Koniarki, który robiłem zimą na nartach, to już nic. Mimo krótkiego odcinka po zjeździe z Płaskiej, jak droga krzyżowa (zimą to się obchodzi). Do chaty docieramy z Groszkiem pierwsi z naszej czwórki, wpakowując się na koniec w tragiczne pokrzywy. Siadam padnięty przed chatą: przegrzana głowa pulsuje, nogi spuchnięte od ugryzień meszek i innego dziadostwa, dostałem w kość. Idziemy pozbierać trochę drewna, kąpiemy się w strumieniu, jeszcze ognisko i odrobina spirytusu do herbaty. Noc w chacie wygodna, ale krótka. Startujemy wcześnie, by zdążyć przed upałem. Na start blisko godzinny wypych, później przyjemna jazda łagodnymi grzbietami w kierunku Krzyżnej. Jest pusto, buty mokre od wysokiej trawy. Na Krzyżnej krótki popas, zbroimy się (można wreszcie założyć nakolanniki) i w dół, czerwonym. Założenie było takie, żeby dotrzeć na Zwoleń i dalej, za Donowaly. Na zjeździe kolejny (który to już) raz dostajemy po dupach – miejscami taka dżungla, że z nosem przy ziemi trzeba szukać ścieżki. Końcówka (od Prasznickiego do Wschodniego Prasznickiego), trzeba przyznać, bardzo zabawowa. Krótkie, techniczne zjazdy, przedzielone jeszcze krótszymi wypychami. Tak czy inaczej, na Wschodnim Prasznickim dociera do mnie, że mam już dość. Wielka słabość i niechęć, do tego pogryzione nogi wyglądają źle – opuchnięte i czerwone. Może to było nałożenie się udaru i reakcji alergicznej, może słaba psycha – decyduję się zjeżdżać. Groszek, Uysy i Marcin nie mają wyboru, tym sposobem staczamy się ciężko asfaltem przez Rewuczę, do Rużemberka i z powrotem pod wyciąg. Trochę smutno, trochę nerwowo, wreszcie w aucie już lżej.
Trzeba przyznać, że zarówno wybór trasy jak i pory okazał się niezbyt trafny. O ile widokowo Fatra jest piękna, chaty też są świetne, o tyle w takich warunkach (30+ stopni) ciągnięcie ze sobą rowerów nie miało zbyt wiele wspólnego z przyjemnością. To było ciekawe doświadczenie, na kanwie którego można by nieco zmienić podejście do takich przedsięwzięć, w szczególności rowerowych. Nie wiem jednak czy na dłuższą metę mnie to czegoś nauczyło, o czym myślę pakując plecak na Bieg 7 Dolin…

 

DSC02524
DSC02529
DSC02533
DSC02545
DSC02547
DSC02548
DSC02553
DSC02554
DSC02556
DSC02561
DSC02563
DSC02565
DSC02569
DSC02573
DSC02581
DSC02588
DSC02590
DSC02595