Trzy rodzaje zabawy

Jeżeli zaglądacie na anglojęzyczne portale zajmujące się szeroko pojętym outdoorem, zapewne prędzej czy później traficie na odniesienia do pojęcia trzech rodzajów zabawy (w wolnym tłumaczeniu, oryg. three types of fun). Jeśli jeszcze nie trafiliście – postaram się pokrótce przybliżyć je w ojczystym języku. Później przejdziemy do nieco poważniejszych wniosków 🙂 Tymczasem najprościej będzie zacząć od prostego opisu rodzajów przez przykłady adekwatne do naszych ulubionych aktywności.

 

Zabawa I kategorii

Czysta przyjemność zawierająca minimalną dawkę ryzyka i poświęcenia. Wspinaczka skałkowa poniżej limesu, freeride z wyciągu, szosowe „coffee ride’y”, enduro na Srebrnej przy pomocy Tarpana etc.

35205383086_6178460f89_k
Tomek wspina się na Nitówce w Sokołach. Łatwa, ładna droga, ringi, ciepły granit – czysta przyjemność!

Zabawa II kategorii

Przyjemność pojawia się po wszystkim. Można to też nazwać satysfakcją. Pobudki w środku nocy, długie podejścia, zła pogoda, zimno, kiepskie warunki. Wyklinamy głupi pomysł wyjścia w góry, ambitnego przejazdu czy udziału w górskim biegu ultra, ale im bliżej mety lub schroniska – tym bardziej wydaje się że pomysł nie był taki głupi a można by jeszcze pójść o krok dalej… I zaczynasz już planować kolejny wygar. Przykładem mogą być ambitne wyrypy narciarskie, wspinanie górskie na limesie, trudne trady w skałach, ultramaratony.

P1120422
Wschód słońca gdzieś na grzbiecie w Bieszczadach. Piękne zdjęcia, piękna trasa w ciągu dnia – ale kosztem wymarznięcia i nieprzespanej nocy.

Zabawa III kategorii

Czyste cierpienie, zero przyjemności. Definicja tego, co będziemy nazywać „głupim pomysłem” nawet kilka lat później. Może to mieć związek z podjętym ryzykiem ale i poświęceniem czy napotkanymi kiepskimi warunkami lub popełnionymi błędami. Zwykle później pojawia się pytanie „co poszło nie tak?” zaś na koniec opowieści nie ma żadnego „ale w sumie to było spoko”. Jedyna radość płynie z tego, że jakoś przeżyłeś.

IMG_3414
Łukasz „uysy” Dudek na grani Tatr Zachodnich – chyba w okolicach III kategorii?

Czegoś tu brakuje?

Tak wygląda moje rozumienie pojęć, a spotkałem się z nimi m.in. na blogu Kelly’ego Cordesa. To co się od razu rzuca w oczy, to problem z umiejscowieniem typowych aktywności górskich, takich jak klasyczna tura narciarska w przyzwoitych warunkach (która nie zawsze wiąże się z czystą przyjemnością) czy też fajne wspinanie górskie (gdzie wyjąwszy podejście i zejście zwykle bawimy się całkiem dobrze). TGR dodaje więc kategorię „1,5”, obejmującą te aktywności, które wymagają pewnego poświecenia, lecz w gruncie rzeczy w czasie ich trwania mamy banana na twarzy a poczucie ryzyka jest niewielkie. Czy to wyróżnienie jest potrzebne – nie ma znaczenia. Stosunek cierpienia do przyjemności bywa płynny i wymyka się ważeniu. Często wszakże wspinanie składa się z długich okresów nudy przerywanych krótkimi chwilami paniki – i ta panika jest jego esencją. Fizyczną przyjemność może sprawić świadomość przejścia cruxa drogi, podobnie jak w przypadku imprez ultra, gdzie w pewnym momencie organizm adaptuje się do bólu i zaczyna się robić dziwnie przyjemnie (i to bez narkotyków!).

25794046096_fade96e2f2_k
Klasyczna sytuacja skiturowa – jest jakieś zmęczenie, bywa zimno, ale przy fajnych warunkach radość dominuje.

„Przyjemność”

Istotne jest natomiast skąd w ogóle w tym rozumieniu sformułowanie „fun” i jak to tłumaczyć (szczególnie biorąc pod uwagę III kategorię, jest z tym zgryz). Autor TGR zwraca na to uwagę, że w gruncie rzeczy każda aktywność którą podejmujemy (przyjmijmy – nie zarobkowo) w szeroko pojętym outdoorze to rodzaj zabawy. Zastanawiałem się przez moment czy nie należy użyć jednak słowa „przyjemność”, ale tutaj już byśmy mieli trochę gimnastyki leksykalnej. Zostańmy więc przy zabawie. Mówimy więc „zabawa” o zimowym wspinaniu z biwakami czy biegach trwających ponad dwie doby? No cóż, powiedzmy sobie szczerze – nie robimy tego ani dla pieniędzy ani z innego przymusu. To co nas pcha (nawet do podejmowania tych działań, które mogą się stać zabawą III kategorii) to poszukiwanie swoistej przyjemności. Co jest z nami nie tak? Coś na pewno, ale o tym później.

wspinanie na ciężkim lodzie, dolina białej wody
Mikołaj wspina się na Ciężkim Lodzie. Tak, to też jest przyjemność.

Dynamika kategorii

Swoistą cechą skali jest silny subiektywizm. Pamiętam moje pierwsze wspinaczki w Tatrach, zdecydowanie należały do kategorii II. Ciężki plecak (w porównaniu z zapakowanym turystycznie), męczące podejście, później wysiłek i napięcie psychiczne w czasie wspinania, i jeszcze zejście. Silne poczucie dysonansu pomiędzy świadomością ryzyka (duża) a kompetencjami (małe). No i co tu dużo mówić – wspinałem się słabo. Z czasem nie dość że dużo się nauczyłem (zarówno w kwestiach technicznych jak i wspinaczkowych), to także zacząłem czerpać przyjemność ze zmęczenia na podejściu. Tym sposobem aktywności pt. wspinaczka górska zaczęły coraz częściej klasyfikować się jako zabawa I kategorii. Co dla mnie zaskakujące, również w przypadku wspinaczki zimowej zdarza mi się uchwycić czystą przyjemności z ruchu, zakładania asekuracji… choć tutaj przesunięcie do I kategorii musiało by się równać swego rodzaju masochizmowi, a do tego mi jeszcze daleko 🙂

32224950021_97062090ba_k
Marta trochę zmarzła na stanowisku – dlatego ciężko będzie przeciągnąć zimowe wspinanie do I kategorii.

Poszerzanie strefy komfortu

Patrząc na kategorie z tej dynamicznej perspektywy, można dostrzec analogię do stref komfortu, nauki i paniki.

11.13.17-Comfort-Stretch-Panic
Nauka a strefy. Źródło: https://trainingindustry.com

Analogia jest bardzo powierzchowna – podstawą do tworzenia modelu stref były wnioski z badań dotyczących efektywności uczenia się, a my nie o tym. U nas widać efekt zwrotny, bowiem poddając się coraz bardziej wyczerpującym „zabawom” uczymy się granic swoich możliwości. Ich świadomość jest dla nas kluczowa. Oczywiście absolutną podstawą musi być istnienie tych możliwości (lub kompetencji). Jeżeli jednak mamy „głowę silniejszą niż nogi” (i mam tu na myśli nie tylko możliwości fizyczne ale także umiejętności wspinaczkowe, topograficzne etc.), to ten mechanizm może stanowić zagrożenie, prowadzi to bowiem do przeszacowania możliwości. Każdy ma w swoim gronie znajomych (np. wspinaczy), którym zdarza się więcej groźnych przygód niż innym. Wybierając się na na rowerze na dystans, którego do tej pory baliśmy się próbować, ryzykujemy koniecznością szukania ewakuacji po drodze (jeżeli nam noga i tyłek wysiądzie), we wspinaniu czy skialpinizmie stawka często bywa znacznie wyższa. W końcu to sporty wysokiego ryzyka. Licytując zbyt blisko granicy swoich możliwości, stawiamy na szali życie i zdrowie.

28838432540_d5c62765cf_k
Nocny widok na kocioł Łomnicy i Kieżmarskiego. Czerwoną linią zaznaczona trasa naszej wspinaczki kolejnego dnia.

Przełoży się?

Jak możemy korzystać z tych mniej ryzykownych aktywności, poza oczywistym przygotowaniem kondycyjnym? Być może dają nam w miarę komfortową metodę na poznawanie możliwości psychofizycznych organizmu. Możemy doprowadzić się do granic wytrzymałości bez ryzyka związanego z przebywaniem w górach (ok, biegi górskie też odbywają się w górach, ale okoliczności bywają zgoła inne :)) i nauczyć się zachowania zarówno organizmu jak i psychiki w takich warunkach. Możemy np. dowiedzieć się, że poza tą granicą jest jeszcze dużo, dużo miejsca i dalej możemy działać. A przeróżne historie dotyczące III kategorii zabawy pokazują, że taka świadomość może mieć kluczowe znaczenie ich finału. Opracowania dotyczące przyczyn wypadków w górach często dotykają aspektów psychologicznych działań ofiar, kiedy kluczem do radzenia sobie z tarapatami jest wiara w siebie połączona ze świadomością konieczności walki do końca. Nie dochodząc do skrajnych przypadków walki o życie, możemy to zastosować także do typowych zabaw III kategorii. Dobrym przykładem są sytuacje awaryjne w górach: biwaki, nocne zjazdy czy wypadki wymagające stosowania technik autoratownictwa. Świadomość możliwości działania w skrajnym wyczerpaniu daje nam poczucie kontroli, pozwala uniknąć paniki i uczy aktywności w rozwiązywaniu problemów. Fajnym przykładem takiej sytuacji są nasze zjazdy z Charmoza z 2016 r. Gdybyśmy zdecydowali się na biwak w ścianie prawdopodobnie nie zdążylibyśmy dostać się na dół przed paskudnym załamaniem pogody. Cienka granica, którą tworzy nasze poczucie kontroli, potrafi oddzielić sytuację pt. „jesteśmy w dupie” od prawdziwej walki o życie. Poszerzenie tego poczucia kontroli jest ważnym elementem rozwoju wspinacza, stąd też wpisane w program kursów taternickich wyjścia nocne czy planowane biwaki.

36664107286_8396a0b398_k
Spójrzcie na piękne światło o zachodzie słońca nad Chamonix… oh wait, my mamy ze dwadzieścia zjazdów do zrobienia!

Balansowanie na granicy

Niestety, bez zbliżenia się do granicy możliwości nie jesteśmy w stanie jej dobrze poznać. Podobnie w przypadku lawin – najskuteczniejszą metodą do nauki samodzielnej oceny zagrożenia jest przebywanie w obszarze granicznym (co już samo w sobie jest sprzeczne z zasadami bezpieczeństwa). Może więc warto skorzystać z prawie-że-laboratoryjnych warunków jakie dają nam dyscypliny typu biegi górskie, triathlon czy kolarstwo aby zlokalizować tą granicę, którą powinniśmy znać najlepiej – czyli własnego organizmu.

Przemyśl – Kraków

Trasa rowerowa, której główną atrakcją jest Wielka Pętla Bieszczadzka i przejazd przez Beskid Niski.  Przemyśl ma świetne połączenie kolejowe z Krakowem, wygodny bezprzedziałowy wagon ze sporą ilością wieszaków na rowery leci w składzie o oryginalnej nazwie „Przemyślanin” w 3 godziny. Ruszamy o 9 w rosnącym upale i te temperatury oscylujące w okolicy 30 stopni będą nam umilały całą trasę, aż do Krakowa.

trasa

Continue reading „Przemyśl – Kraków”

Luftwaffe + Sprężyna

Sprężyna na Mnichu, czyli droga Gryczyńskiego z 1961 r. w oryginalnym przebiegu składa się z czterech-pięciu bardzo krótkich wyciągów, co stanowi raczej standard na tej najdalej na południe wysuniętej podkrakowskiej skale. Spore zagęszczenie dróg pozwala jednak na wydłużenie wspinania do logicznej i ładnej linii, prowadzącej od trawników Żlebu Mnichowego na sam szczyt. 

Continue reading „Luftwaffe + Sprężyna”

Sardynia. Krótki rekonesans rejonów wspinaczkowych.

flaga

Sardynia jest sporej wielkości wyspą leżącą na Morzu Śródziemnym. Położenie jej ilustruje poniższa mapka 😉 O wyspie można by sporo opowiadać, zaczynając od ciekawej historii tutejszych cywilizacji, przez budowę geologiczną (która zapewnia nam urozmaicenie formacji skalnych – dominujący jest wapień, ale możemy trafić także na bazalt i granit), kończąc na kulturze i przyrodzie. Zanim przejdziemy do sedna – czyli do wspinania – kilka ciekawostek, które mam nadzieję zachęcą Was do zgłębienia informacji na temat Sardynii przed wyjazdem.

mapka

  • Na fladze Sardynii znajdują się cztery głowy Maurów. Współczesna obowiązująca wersja to głowy zwrócone w prawo z opaską na czole, zaś nacjonaliści sardyńscy posługują się flagą z głowami zwróconymi w lewo i opaską na oczach. Historia flagi odzwierciedla nowożytną, bardzo barwną historię wyspy. Obecnie Sardynia jest prowincją włoską z aspiracjami seperatystystycznymi.
  • Na całym obszarze wyspy możemy napotkać ruiny zabudowań cywilizacji nuragijskiej, tzw. “nuraghe”. Wygląda na to, że wyspa była gęsto zasiedlona a historię tej cywilizacji w ciekawej teorii łączy się z legendą o Atlantydzie. W październiku 2017 r. można było obejrzeć na lotnisku w Cagliari fajną wystawę na ten temat.
  • Na Sardynii można spotkać wolno biegające dzikie świnie, żółwie, flamingi, jest też sporo owiec (ok. 4,5 miliona!) a owczy ser pecorino sardo jest ważnym towarem eksportowym Sardynii. Sera trzeba koniecznie spróbować, ze świniami należy uważać – lubią podjadać to co zostawicie na wierzchu.
  • W ramach odskoczni od wspinania polecam zabranie ze sobą (lub kupno na miejscu) maski do pływania i rurki. W październiku woda jest dość ciepła, na plażach nie ma tłumu a nurkowanie to zawsze jakaś alternatywa dla leżenia plackiem z książką. Ze względu na skaliste wybrzeża, płytkie okolice plaże są urozmaicone i barwne.
dzika swinia
Dzika świnia!

Wyjazd wspinaczkowy

Sardynia jest bardzo fajnym celem, jeżeli chcemy uciec od deszczowej jesieni czy zimy. Jest to alternatywa dla Hiszpanii, Grecji czy Sycylii, dla nas o tyle atrakcyjna że mamy do dyspozycji bezpośrednie loty z Krakowa (Ryanair). Czy jest tu dużo wspinania? Powiem tak: na wyspie o powierzchni ok. 24.000 km2 znajduje się ponad 6000 obitych dróg. Do tego można dorzucić ciekawe wspinanie wielowyciągowe, tradowe i sportowe (kojarzycie może Hotel Supramonte?) oraz wiele rejonów bulderingowych. Postaram się pokrótce omówić zagadnienia praktyczne wyjazdu wspinaczkowego na Sardynię, po czym rozpiszę się o naszych wojażach dookoła wyspy (gdzie znajdziecie krótkie charakterystyki zwiedzonych rejonów).

Kiedy jechać?

Wg. Maurizio Oviglii najlepszym okresem na wspinanie na Sardynii jest jesień i wiosna, chociaż zimą też to jest możliwe. Klimat wyspy jest bardzo sympatyczny: 300 dni słonecznych, średnie temperatury praktycznie przez cały rok utrzymują się powyżej 10 stopni. W chłodniejszej części roku należy zwracać uwagę na silne wiatry – Maestrale, Grecale i Tramontana. O ile latem dają ulgę, to zimą mogą obniżać komfort wspinania.

Jak dotrzeć na miejsce?

Wspominany wcześniej transport samolotem linii Ryanair na trasie Kraków – Cagliari to bez wątpienia najwygodniejszy sposób dotarcia na Sardynię. Bilety są niedrogie, loty częste i przez cały rok. Ważna uwaga: przylatując późnym wieczorem możemy przenocować na lotnisku – poczekalnia nie jest zamykana, nie gonią, jest cicho i spokojnie. Alternatywny dojazd samochodem to w najkrótszej wersji blisko 2000 km w jedną stronę. Jeżeli jednak posiadamy samochód przystosowany do mieszkania w nim, na dłuższy wyjazd może to być wygodniejsze rozwiązanie.

Podróżowanie po wyspie

Prawdopodobnie dałoby się powspinać bazując na komunikacji publicznej, ale niestety do większości rejonów dotrzeć będziemy mogli jedynie własnym środkiem transportu. Najprościej wynająć samochód w jednej z wypożyczalni znajdujących się na lotnisku. Paliwo jest niestety nieco droższe niż u nas (1,45 eur/1 litr benzyny). Zwykle w celu znalezienia najsensowniejszej oferty wypożyczenia auta korzystamy z wyszukiwarek (tym razem ryanairowska), koszt Fiata Pandy na 11 dni wyniósł wraz z ubezpieczeniem i opcją full-to-full ok. 530 zł, z czego połowa to ubezpieczenie.  

Noclegi

Sposób rezerwacji noclegów uzależniony jest od tego, czy chcemy spędzać czas stacjonarnie – mieszkając w jednym miejscu – czy też przemieszczamy się i szukamy noclegów na jedną noc. W pierwszej opcji lepszym rozwiązaniem może być poszukiwanie czegoś przez serwis Airbnb. Należy zwracać uwagę na dodatkowe koszty sprzątania. Ten problem zwykle nie występuje w przypadku noclegów wyszukiwanych przez serwis booking.com, gdzie ceny bazowe są nieco wyższe, ale często zawierają wszystkie koszty. Szukając noclegów przez booking mogliśmy spontanicznie planować trasę, zaś same ceny noclegów oscylowały w granicach 10-12 eur/os/noc.

Spanie na dziko nie stanowi co do zasady dużego problemu, o ile mamy upatrzoną fajną miejscówkę. Na błądzenie po miejscowościach wczasowych czy zabudowanym wybrzeżu szkoda czasu. W interiorze z kolei często jedziemy kilometrami wzdłuż poboczy zarośniętych ostrymi krzakami, zaś jedyne przerwy w nich to drogi wjazdowe na farmy, zagrodzone bramami. Dobrymi spotami są parkingi przy plażach położone z dala od zabudowań. Często można na nich spotkać campery. Do szukania miejscówek polecam google earth i street view.

krzon
Uroki krzonowania

Zakupy

W większych miejscowościach bez problemu znajdziemy markety typu Iperpan, Eurospin itd. Tam możemy zaopatrzyć się w podstawowe produkty spożywcze w sensownych cenach, zbliżonych do tych w kontynentalnych Włoszech. Tradycyjnie, warto iść za tropem lokalnej kuchni i swoją dietę dostosować do tego, co jedzą “miejscowi” – choć w tym przypadku kuchnia włoska nie do końca jest tożsama z kuchnią sardyńską 🙂 Przyzwoite wino kupimy bez problemu w granicach 2 eur. WAŻNE – weźcie kuchenkę na kartusze wbijane. Różnica ceny względem wkręcanych to 1,5 eur vs 6 eur na pojemniku średniej wielkości (~200 g). Kartusze wbijane można kupić w sklepach “rolniczych, z narzędziami”, w Decathlonie nie było o ile pamiętam.

Jazda po wyspie

Drogi są dobrze utrzymane, ale ze względu na górzysty charakter wyspy jazda jest wymagająca. Główne drogi przecinające wyspę nie są płatne i można poruszać się po nich komfortowo i szybko. Ruch jest mały, kultura jazdy typowo “włoska”. Często trzeba wjechać w drogi szutrowe, samochód o nieco wyższym zawieszeniu jest wskazany – ale Panda wystarcza.

Przewodniki

Niekwestionowanym wodzem jeżeli chodzi o obijanie dróg i przygotowanie topo jest niejaki Maurizio Oviglia. Spod jego pióra pochodzi przewodnik “Pietra di Luna”, obejmujący jednowyciągowe drogi sportowe. W 2014 r. ukazał się także tom obejmujący wspinanie wielowyciągowe i tradowe, poza tym możemy znaleźć trochę szczegółowych wydawnictw obejmujących poszczególne rejony. Więcej informacji na stronie wydawnictwa.

Zdecydowanie warto śledzić stronę oraz profil fb Climbing Sardinia. Pojawiają się tutaj informacje na temat bieżących wydarzeń, alerty dotyczące asekuracji (jak np. jesienią 2017 r. w sprawie korodujących spitów na Cala Luna) czy sugestie fajnych rejonów.

Rejony wspinaczkowe

W trakcie 10 dni pobytu na miejscu chciałem obejrzeć jak najwięcej rejonów. Przekładało się to na krótkie wizyty w każdym z wymienionych – nie jest to optymalny scenariusz na urabianie cyfry, ale nie samym wspinaniem człowiek żyje. Udało się objechać wyspę dookoła, tak jak obrazuje poniższa mapka.

mapka2

Rejon Masua, sektor Castello. Śpimy w dość wygodnym zagajniku na klifie, w pobliżu parkingu muzeum sztolni (warto obejrzeć). Panoramę linii horyzontu urozmaica charakterystyczna Głowa Cukru – Pan di Zucchero, skalista wysepka na morzu. Obok zejście do plaży, w okolicy jest też camping dla camperów widoczny na mapach google. Camping oferuje prysznic i chyba nic specjalnego poza tym. Wspinamy się na imponującym murze skalnym, do którego trzeba podejść dość stromą ścieżką skręcającą w krzaki obok budynków recepcji muzeum sztolni (tu też jest toaleta z bieżącą wodą). Nadaje się na podejście w sandałach. Sektor oferuje wspinanie głównie w pionie i połogu, jakość skały bardzo dobra, odległości między punktami różne, w większości komfortowe. Sporo łatwych dróg w okolicach 5c-6a, przy czym całe Castello to ok. 70 dróg. Uwaga na słońce – jak zacznie grzać, to robi się naprawdę gorąco a cienia za dużo nie ma. Na ścianie górującej nad sztolniami są też wielowyciągi.

Masua1
Na drodze 6B-ellissima, sektor Castello
Masua2
Widok ogólny na sektor Castello

Roccadoria Monteleone. Dość duży rejon położony w ciekawej lokalizacji – na zboczach wzgórza, na którym znajduje się miasteczko Monteleone. Trasa dojścia z parkingu była kompletnie rozkopana, nie widzieliśmy też fajnego miejsca na nocleg więc zrezygnowaliśmy z pozostania tutaj.

monteleone
Wspinacz na drodze Tetris, zdjęcie z przewodnika

Capo Caccia, sektor Cassarotto. Niewysoki pas skał z grotą, położony na klifach półwyspu, na którym znajduje się słynna Grotta di Nettuno. Samochód zostawiamy przy drodze/parkingu na Capo Caccia (stąd można pójść na zwiedzanie via ferraty), pod skały schodzimy po skałach (trzeba użyć rąk), w tym miejscu. Sektor obejmuje nieco ponad 40 dróg, część to atletyczne wspinanie po dobrych klamach w przewieszeniu, część bardziej techniczna, pionowa. Dominuje ciekawa rzeźba skały. Charakterystyczny jest nieco wybielony przez morze wapień i poranna wilgoć (wystawa zachodnia). Po drugiej stronie (wschodniej) półwyspu możemy wykąpać się na niewielkiej, klimatycznej plaży Cala Dragunara. Jest też tutaj spory, osłonięty parking.

capocaccia1
Sektor Cassarotto
capocaccia2
Wieczór na Cala Dragunara

Capo Testa. Kilka obitych dróg, reszta to trad i buldering, ale dla niesamowitej rzeźby granitowych tafonis zdecydowanie warto. Jedziemy do końca drogą prowadzącą na półwysep, na końcu jest parking (uwaga – może być zatłoczony w zależności od sezonu). Cofamy się kawałek do zejścia do knajpy, stąd w dół w kierunku Cala Spinosa i dalej do rejonu sportowego. Fluttuazioni 6a+ to oblig! Na pozostałych drogach należy zwracać uwagę na kompletność asekuracji. Sam półwysep jest dość gęsto zagospodarowany, w okolicy jest sporo noclegów a dla amatorów krzonowania można polecić parkingi przy plażach położonych na południu, z których chętnie korzystają kamperowcy.

capotesta1
Sektor sportowy na Capo Testa
capotesta2
Sylwia pod Fluttuazioni

Cala Gonone – Cala Fuili. Cala Gonone to spory i popularny rejon z sztandarowymi sektorami Sardynii: Grotta Millenium czy Cala Luna. Będąc w okolicy przejazdem i z nastawieniem raczej na relaks, wybraliśmy “piknikowy” sektor Cala Fuili. Samochód zostawiamy na parkingu na końcu drogi (znowu uwaga na sezon – plażowicze mocno korkują parking), schodzimy schodami na plażę. Tutaj mamy do wyboru kilka mniejszych sektorów – od “rodzinnych” z drogami typu III-IV, do srogich przewieszeń. Drogi najbliżej plaży (np. sektor Ferry) są nieco wyślizgane. Z parkingu mamy dostęp do ok. 200 dróg, z czego część położona jest w górze kanionu u którego wylotu leży plaża Fuili.  

Fuili1
Cala Fuili

Porto di Santa Maria. Kieszonkowy sektor położony w marinie miasteczka Santa Maria Navarrese. Wjazd do mariny jest reglamentowany, wygodnie można zaparkować w centrum miasteczka. Stąd pieszo ok. 10 minut na koniec mariny, do muru falochronu – mur ten opiera się o rzeczoną ścianę skalną, żeby dotrzeć do większości dróg musimy wspiąć się na niego przy pomocy stałej poręczówki z pętlami (ok. 5 metrów). Sektor oferuje ładnie urzeźbione i dobrze obite, w większości dość długie drogi. Pozostaliśmy w tej okolicy dwa dni, korzystając z noclegu na kwaterze w Lotzorai (zdecydowanie polecam!).

porto1
Pierwsze  drogi w sektorze Porto di Santa Maria, dalej trzeba przejść przez mur

Villagio Gallico. Jadąc z Lotzorai na północ, w kierunku Baunei, odbijamy w głęboką dolinę prowadzącą nad morze. Mamy tutaj do dyspozycji 6 sektorów oraz imponującą iglicę Aguglia Goloritze, oferującą wspinanie wielowyciągowe. Nad samym morzem, przy iglicy, znajdują się parkingi, ławeczki i nic poza tym, ale wygląda na to że można tu się przespać. My, operując z Lotzorai, zwiedziliśmy w/w sektor Villagio Gallico, sporej wielkości ścianę pomarańczowego wapienia. Parkujemy przy drodze (miejsca jest na kilka aut), podchodzimy trzy minuty pod ścianę po drugiej stronie jezdni. Mogę polecić np. Per Iupiter 6b+ z zaskakującym wyjściem oraz Yellow Submarine 6a+, lekko przewieszona uklamiona rysa, która również sprawia niespodziankę na końcu.

gallico1
W sektorze Villagio Gallico. Rysą w środku kadru prowadzi Yellow Submarine.

Co mogę polecić poza samym wspinaniem?

 

  1. Wspomniane już powyżej nurkowanie z maską. Nie jestem wybitnym amatorem kąpieli w morzu ani plażowania, ale maska z rurką to zdecydowanie nowa jakość, a życie podwodne jest tu urozmaicone i kolorowe. Fajny pomysł na resta.
  2. Również wzmiankowane muzeum sztolni w Masua.
  3. Bosa. Kolorowe miasto położone na zboczu wzgórza – polecam pobłądzić w stromych, wąskich uliczkach.
  4. Alghero. Fajna starówka, mury miejskie. Warto zajrzeć przejazdem, ale nie obligatoryjnie.
  5. Krótka wycieczka po Capo Testa, Valle di Luna.
  6. Orgosolo – miasto murali. Dla amatorów takich atrakcji – trzeba nadłożyć kawałek drogi po górach.
  7. Wycieczka ścieżką nad morzem z Santa Maria Navarrese w kierunku Pedra Longa – wybrzeże w okolicy jest dość malownicze.
  8. Stare miasto Cagliari. Zdecydowanie warto. Auto można zostawić na darmowym parkingu blisko dworca kolejowego.
bosa
Klimaty Bosy…
cagliari
…i Cagliari
ichnusa
„Narodowe” piwo Sardyńczyków
orgosolo
Murale w Orgosolo

Na Sardynii znajduje się oczywiście dużo więcej pozawspinaczkowych atrakcji, nie mówiąc już o rejonach skalnych w które nie udało nam się dotrzeć. Jest to miejsce, w które z przyjemnością będę chciał wrócić, z pewnością mogę polecić Sardynię jako destynację wyjazdową zarówno dla osób stawiających jako priorytet jakość wspinania i cyfrę jak i dla tych, którzy wolą łączyć wspinanie z innymi aktywnościami.

Początek sezonu narciarskiego 17/18

Zima w tym sezonie zapowiada się wyjątkowo soczyście. Dość, że sezon rozpoczął się całkiem na poważnie z końcem października – my zjeżdżaliśmy z Suchego Kondrackiego do samych kuźnic 1 listopada. Nie był to wymarzony warun, raczej symboliczny gest 🙂

Później – co wszystkich zaskakuje – warun nie tylko utrzymuje się, ale poprawia. Tak więc w połowie listopada mamy już ok. 1,5 metra śniegu na Kaspro, a z jego końcem blisko 2 m. Opadom towarzyszy jednak stale silny wiatr.

 

Z początkiem grudnia już naprawdę fajnie dosypuje, niestety ciągle przy istotnym wietrze – bierzemy więc na cel stosunkowo bezpieczny rejon Doliny Łatanej. Mam zresztą zaległości w tym rejonie oferującym sporo ciekawych stoków przy stosunkowo krótkim podejściu. Eksploracja okolicy potwierdza oczekiwania 🙂

Kolejny weekend. Po dłuższych wahaniach, decyduję się przyłączyć do Groszka i Knurka celujących w Chochołowską. Sobota według prognoz ma być paskudna i zgadza się. Brak widoczności, opad, ale tym razem bez wiatru – z rozpędu wychodzimy na Wołowiec i dość przygodowo zjeżdżamy przez Wyżnią Chochołowską. Halny zapowiadany na niedzielę daje krótkie okno pogodowe, bardzo dobrze wykorzystane (choć trochę zaspaliśmy). Tym samym kończymy okres kalendarzowej jesieni i wchodzimy w zimę.

 

Głogowski

Końcem listopada rozpoczynaliśmy sezon zimowy. Wcześniej niż zwykle, i to przy dość solidnej pokrywie śniegowej. Dla Tomka było to jednocześnie pierwsze wspinanie zimowe. Przy okazji powstało prezentowane poniżej humorystyczne nagranie 🙂

Eksploracja Czuby

W przerwie regeneracyjnej (tj. pomiędzy piątkową i sobotnią imprezą) w trakcie tegorocznych Andrzejków KW Kraków na Hali Gąsienicowej udało nam się dotrzeć aż pod Czubę nad Karbem. Ściana ta jest, jak wiadomo, bardzo pożądanym celem „wypraw” zimowych, drogę Potoczka każdy szanujący się taternik zimowy pewnie ma w swoim kajecie. Domyślam się, że wynika to powagi ściany, ściślej mówiąc – jej braku 😊 Bardzo krótkie podejście, stosunkowo bezpieczne pod względem lawinowym i niskie trudności zachęcają do wyboru Czuby na pierwsze wspinaczki zimowe. Jest też fajnym wyborem dla bardziej doświadczonych zespołów gdy na bardziej poważne cele nie ma warunków.

wariant

Obecnie na tej „ścianie ścian” mamy opisane łącznie 7 dróg, po szczegóły odsyłam do Taternika nr 4/2010 (gdzie znajdziemy też szerszy opis otoczenia Czarnego Stawu Gąsienicowego) i do opracowania autorstwa m.in. naszego klubowego kolegi Mariusza Norweckiego na stronie taternik.net. Najpopularniejszymi celami są drogi Potoczka i Głogowskiego, Czuba stanowi także wdzięczny poligon dla prowadzenia szkoleń w ramach kursu taternictwa zimowego, mamy więc dwie drogi autorstwa Waldka Niemca. Jej zerwy są poza tym przemierzane wzdłuż i wszerz, poza nielicznymi ściankami skalnymi trudności są dość podobne, najgorsze co nas może spotkać to przewieszone kosówki.  Chcemy poniżej zaproponować konkretny wariant, charakteryzujący się ciekawą płytą o drytoolowym charakterze oraz dwoma wyciągami dość fajnego, trawkowego wspinania w dalszej części.

Wariant ten przeszliśmy w zespole: Krzysiek Kalkowski, Michał Semow, Marcin Szymkowski 18.11.2017 r., z wywiadu środowiskowego oraz zastanego szpeju wnioskujemy że teren był chodzony (lub był świadkiem wycofów), ciężko to nazywać nową drogą lub wariantem, ale może opis komuś się przyda.

topo

„Agregat Aurora”

Wycena: M5

Długość: 5 wyciągów/ok. 200 metrów

Sprzęt: standardowy zestaw zimowy, igły do traw opcjonalnie, częsta asekuracja z taśm (kosówki)

Podejście:
Ok. 45 – 60 min z Hali.
Z Murowańca szlakiem nad Czarny Staw Gąsienicowy. Stąd, w zależności od warunków śniegowych bądź podchodzimy szlakiem zimowym na Karb do wysokości najniżej spadającej ostrogi Czuby, bądź przechodzimy przez Staw i podchodzimy z niego prosto pod start drogi. Zarówno żleb pod Karbem jak i stoki pod Czubą są potencjalnie zagrożone lawinami.

Zejście:
Ok. 35 – 90 min na Halę.
W przypadku większego zagrożenia lawinowego wybieramy zejście przez Pojezierze, czyli na południowo-zachodnią stronę. Przy gorszej widoczności może stanowić wyzwanie orientacyjne. Jeżeli warunki są stabilne, szybciej będzie zejść prosto nad Czarny Staw.

Opis drogi:
1. wyc.: Idziemy tak jak pierwszy wyciąg Potoczka. Pod płytą (z lewej strony, tam gdzie ścianka schodzi najniżej) można założyć stanowisko z pętli puszczonej między zaklinowanymi głazami, o ile nie są całkiem zasypane.
2. wyc.: Kluczowe trudności na płycie nad stanowiskiem, ok. 15 metrów. Startujemy wzdłuż rysy, która początkowo prowadzi prosto w górę, by po kilku metrach odbić w lewo i znów prosto w górę. Czujne wspinanie po drobnych chrupkach i ryskach z kilkoma lepszymi miejscami odpoczynkowymi. Po ok. 12 metrach dochodzimy do traw, z nich w dogodnym miejscu lekko w lewo i słabo urzeźbionym zaciątkiem pod kosówki, po nich na grzędę i łatwym terenem pod następną ściankę, gdzie zakładamy stanowisko.
3. wyc.: wzdłuż ścianki, którą mamy po prawej, do pierwszego kominka zakończonego kosówką. Po wyjściu lekko w lewo przez pólko śnieżne i kolejnym kominkiem (dużo trawek, fajne wspinanie) wychodzimy w połóg pod ścianką, lekko z prawej hak ze starymi taśmami. Trawersujemy w prawo łatwym terenem po kosówce by po kilku metrach odbić lekko w górę, gdzie zakładamy stanowisko (kosówka ze starymi taśmami).
4. wyc.: Ze stanowiska prosto w górę przez pólko śnieżne w następny kominek z dobrą asekuracją. Po ok. 25 metrach docieramy pod ściankę, której nasłabszym punktem jest zacięcie z ładną rysą (dobra asekuracja). Przez tą ściankę w górę, gdzie zakładamy stanowisko i łączymy się z przebiegiem Głogowskiego.
5. wyc.: Łatwym terenem 0-I dochodzimy do „headwalla” Czuby, stąd możemy pójść dalej po lewej (łatwiej) lub przyjemnym, kilkumetrowym kominkiem za IV- na szczyt Czuby. Wyciąg ma ok. 80 metrów, można go robić na „gumę” bądź założyć stanowisko po drodze.

3
Krzysiek Kalkowski na kluczowej płytce
IMG_20171125_122544614
Marcin na końcu czwartego wyciągu

Filar Cordiera

Przygotowując się do wyjazdu do Chamonix nie planowaliśmy z Tomkiem na poważnie Filara Cordiera. Dla mnie to był w zasadzie pierwszy poważny wyjazd wspinaczkowy do Cham, więc zakładałem raczej rozpoznanie cyfry. Sytuację zmienił akces Bartka do naszego zespołu, Cordier wskoczył na pierwszy plan. Pogoda zagrała po swojemu i tak dysponując kilkudziesięciogodzinnym oknem uderzyliśmy od razu pod Charmoza.

image020

Continue reading „Filar Cordiera”